mp;noborder=t'>
* * * * *
obraz Leona Wyczółkowskiego
***
wiersz "Ogród" z tomiku "Pocałunki"
Marii Pawlikowskiej-
Jasnorzewskiej
***
szablon wykonał szklanytygrys
Ojojojoj ;> ale się narobiło ^_^
O Matko! Jak mnie tu dawno nie było ;) Zaniedbałam swojego bloga, niestety. Muszę to przyznać ;) Zapomniałam już jaki mam szablon ;) Notki dotyczącej Taize nie dokończyłam... Wstyd ;> Ale nikt go pewnie nie czyta tak, jak to było za starych dobrych czasów... Mimo to nie dopuszczę do jego zlikwidowania. Never! ;) To kawał mojego życia. Raz na 2 miesiące stać mnie, żeby napisać coś mądrego ^_^ Dlatego postanowiłam dziś skrobnąć parę słów ;)
Kurczę, nie pisałam już całe wieki, a koniecznie chciałabym dokończyć notkę o Genewie. Najpierw sesja, teraz nowy semestr, co prawda pomiędzy były krótkie ferie, ale… ten niecały tydzień to było zdecydowanie za mało ;) Tym bardziej, że pod koniec ferii pojechaliśmy z DA do Niemcowej w Beskid Sądecki.
Kontynuując notkę o Taizé w Genewie w miejscu w którym przerwałam ;) Moje wspomnienia oczywiście nie będą już tak dokładne, ale o wielu rzeczach nie da się zapomnieć ;)
W niedzielę po spotkaniu w grupach narodowych i po posiłku w parafii pojechaliśmy na Palexpo, gdzie wszyscy Polacy mieli mieć spotkanie i mszę. Mszy przewodniczył ksiądz biskup z Gniezna. Śpiewaliśmy kolędy i było pięknie :) Po mszy poszliśmy na kolację, a potem znów na halę, na modlitwy, takie jak co wieczór. Z tą tylko różnicą, że dziś miało być nabożeństwo światła. Każdy dostał świeczkę, które później świeciliśmy pod koniec modlitw. Gdy wszyscy zaświecili swoje świeczki, aż dech zaparło w piersiach…. To było niesamowite! Po nabożeństwie wróciliśmy autobusem do domków :)
Poniedziałek – sylwester, zaczęliśmy, jak zwykle, od modlitwy w parafii. Później – praca w grupach, takich jak w sobotę. Mieli w tych spotkaniach brać udział parafianie. Niestety, z naszą grupą stało się coś niedobrego i było nas tylko 4 – ja, Kasia i dwie Serbki – Helena i Tamera. Animatora nie było, bo podobno się rozchorował. Na spotkanie przyszła jeszcze pani Marina, w której domu, jak już wspomniałam, mieliśmy spotkania i jej syn, Martin. Ona opowiadała nam, o tym, jak załamała się po śmierci męża i jak wyszła z depresji. Było miło i sympatycznie :)
Znów skończyłyśmy spotkanie szybciej, więc, czekając na naszą resztę, poszłyśmy z Kasią pooglądać, jak wyglądają szwajcarskie delikatesy ;) Panu magazynierowi w sklepie coś upadło, gdy układał towar na półce, podniosłam mu to, na co on do mnie: „Merci.” No cóż, nie za bardzo wiedziałam co mu odpowiedzieć, więc się tylko uśmiechnęłam i zwiałam :]
A potem przystanek, autobus i kierunek => Palexpo. Obiadek, modlitwy popołudniowe na hali. Potem czas wolny – postanowiliśmy nadal pozwiedzać Genewę, zwłaszcza Jezioro Genewskie, tym bardziej, że Bartek powiedział nam o darmowym godzinnym rejsie po jeziorze. No to poszliśmy – ja, Dorotka, Kasia, Łukasz i Jacek, bo Ela została na Palexpo, a Mikołaj, Bartek i Marcin całkiem się od nas odłączyli i chodzili swoimi ścieżkami. Po drodze zwiedzaliśmy miasto. Pogoda była piękna! Świeciło słoneczko, było cieplutko, prawie jak na wiosnę! A był 31 grudnia! Genewa była pięknie udekorowana, jeszcze świątecznie, mnóstwo kolorowych lampek, choinek i Mikołajów czaiło się za każdym rogiem ;)
Kiedy dotarliśmy nad Jezioro, okazało się, że rzeczywiście, rejs jest darmowy dla uczestników Taizé. Wsiedliśmy więc w niewielki stateczek i ruszyliśmy.
Jednak ku naszemu zdziwieniu, stateczek przepłynął na drugą stronę jeziora i pan kazał nam i reszcie ludzi, wysiąść. A gdzie ten godzinny rejs?! To trwało co najwyżej 10 minut! Byliśmy zdziwieni i przekonani, że pan ze statku zrobił sobie z nas żarty. Zaraz potem zabrał on ludzi z tego brzegu jeziora, po czym wrócił na ten, z którego startował. Prawda okazała się taka: Bartkowi najzwyczajniej w świecie się trochę (? ;) pomieszało. Ten „rejs”, który my odbyliśmy był darmowy dlatego, że stateczki te były częścią zwykłej komunikacji miejskiej – tak jak autobusy i tramwaje. Służyły po to, by ludzi przewozić z jednego brzegu jeziora na drugi i kupowało się tam najzwyklejsze bilety. A my, w ramach Taizé, przewozy środkami komunikacji publicznej mieliśmy darmowe. Nic więc dziwnego, że pan nie chciał od nas pieniędzy. A rejs godzinny owszem był, ale w pełni płatnym, dużym eleganckim białym statkiem wycieczkowym… ;)
Potem pochodziliśmy sobie wzdłuż jeziora, podziwiając krystalicznie czystą wodę, widok Alp oraz szwajcarskie mewy i łabędzie. Potem autobusem wróciliśmy na Palexpo, gdzie umówiliśmy się z Elą, aby zdążyć na kolację i modlitwy wieczorne, które przeżywaliśmy z lekkim rozrzewnieniem – to ostatni dzień spędzony na Palexpo! Ostatnie modlitwy i posiłek tutaj! Nazajutrz już nie mieliśmy się tu zjawiać (tylko na parkingu obok ;) Ostatnie zakupy w sklepiku ;) Ostatnie puszki z kolacją, ostatnie butelki wody mineralnej, ostatnie rozważania brata Aloisa z moim radyjkiem, które nie chciało działać ;( Przez te kilka dni, tak często tu przebywaliśmy, że Palexpo stało się naszym „drugim domem” ;) Ale radość w nas podtrzymywał fakt, że to nie ostatni dzień Taizé, a przed nami – Święto Narodów… ;)
Muszę kończyć, nie napisałam wiele, ale zawsze to coś ;) No to do kolejnej notki ;)
Hejka :)
Skończyłam na tym, że zaczęliśmy zwiedzać Genewę na własną rękę. Za bardzo nie orientowaliśmy się, co w Genewie jest interesującego, ale mieliśmy kilka punktów zaczepienia, więc przeszliśmy się po mieście, oglądając m.in. katedrę św. Piotra i ratusz. Chcieliśmy też zobaczyć słynną genewską fontannę, ale widzieliśmy ją tylko z daleka, gdyż w okresie zimowym zamykają ją o 16.00. Genewa bardzo mi się spodobała. Miasto jest piękne, leży w dolinie, a dookoła widać piękne Alpy. Musieliśmy się uwinąć szybko, żeby zdążyć na kolację. Na Gare de Cornavin w biegu wsiedliśmy do zatłoczonego autobusu nr 5, który miał nas zawieźć do Palexpo. Tam wysiedliśmy, postaliśmy w gigantycznej kolejce, dostaliśmy kolacyjkę i poszliśmy na wieczorne modlitwy do hali 1 - 2. Tego wieczoru miała miejsce adoracja Krzyża, piękne nabożeństwo. Po modlitwie przy Krzyżu, podeszłam do brata Aloisa, przełożonego wspólnoty Taizé, następcy brata Rogera. On pobłogosławił mnie znakiem krzyża na czole. Bardzo cieszyłam się z tego faktu. Po modlitwach wróciliśmy do domu autobusem linii D (Where does „Di” bus start? :D)
Kolejny dzień pobytu w Genewie, niedzielę, rozpoczęliśmy od nabożeństwa w parafii. Bardzo byłam ciekawa, jak takie niedzielne nabożeństwo wygląda u protestantów. Pastor, który do tej pory pokazywał się nam ubrany „po cywilnemu”, dziś wystąpił w takiej odświętnej czarnej szacie, z czymś takim białym pod szyją (nie wiem, jak to nazwać :P) Podczas modlitwy „Ojcze nasz” wszyscy trzymali się za ręce. Po jej odmówieniu nastąpiła komunia – zupełnie inna niż w naszym Kościele. Protestanci nie mają przemienienia takiego jak u nas – oni wierzą, że chleb i wino stają się ciałem i krwią Chrystusa dopiero podczas jej przyjmowania przez człowieka. Chleb, taki zwyczajny, połamany na drobniutkie cząsteczki, leżał w misce, z której każdy brał kawałek i dawał następnej osobie. Wino było w małych kubkach, po upiciu łyku, podawało się kubeczek następnej osobie.
Po nabożeństwie parafianie przygotowali w kuchni poczęstunek. Było wszystkiego bardzo dużo i było przepyszne. Odbywały się też spotkania w grupach narodowych, tzn. my spotkaliśmy się z innymi Polakami przyporządkowanymi do tej parafii, aby obmówić, co będziemy przedstawiać na jutrzejszym „Święcie narodów”. Polegało to na tym, że każda narodowość miała przedstawić coś charakterystycznego dla swojego kraju – coś zaśpiewać, zatańczyć, albo pokazać jakąś zabawę. My postanowiliśmy na początek zaśpiewać „Hej, bystra woda”, potem pokazać „Mam chusteczkę haftowaną”, a na koniec zaśpiewać „Barkę. Musieliśmy to wszystko zsynchronizować, bo jak się okazało, co region Polski, to inaczej się śpiewa – u nas, w „Chusteczce”, śpiewa się po części zasadniczej „Oj, nie nie, moje kochanie, bo mnie mamcia bije za całowanie”. Tymczasem nasi katowiccy koledzy śpiewali to zupełnie inaczej: „Oj dana, dana, tyś moja kochana…” i coś tam dalej ;) W końcu postanowiliśmy zaśpiewać tylko standardową wersję: „Mam chusteczkę haftowaną, co ma cztery rogi. Kogo kocham, kogo lubię, rzucę mu pod nogi…” itd. Co niektórych trzeba było nauczyć drugiej zwrotki do „Hej, bystra woda” :) („Hej powiadali, hej powiadali, hej, ze Janicka porąbali… :)
Co u mnie? Ano trochę się pozmieniało. Ale nie aż tak dużo ;) Jestem już studentką II roku historii na URz, specjalizacja integracja europejska ;) Nadal mam kotkę Lunę i w dalszym ciągu śpiewam w chórze Magnificat. To bez zmian ;) Aktualnie mam wakacje więc siedzę w domu w Przemyślu. W ciągu roku akademickiego siłą rzeczy, więcej czasu spędzam na stancji w Rzeszowie. Polubiłam nawet to miasto. Da sie tam żyć ;) Mam sympatycznych znajomych, podoba mi się na uczelni. Ogólnie jestem zadowolona ;)
A poza tym... ;) To dla Ciebie :*:*:*
I to chyba byłoby wszystko ;)
Jakby coś ciekawego się działo, to może wpadnę szybciej niż za dwa miesiące ;)
Na razie ;)
ma-gda15lo 2008-08-05 18:54:46
skomentuj (1)
;)
;P
ma-gda15lo 2008-06-08 21:39:48
skomentuj (0)
:)
:)
ma-gda15lo 2008-04-27 22:44:19
skomentuj (0)
"De noche iremos, que para encontrar la fuente sólo la sed nos alumbra." Genewa Taizé, cz.V
ma-gda15lo 2008-03-14 14:59:32
skomentuj (0)
Jakoś nie mam czasu...
... ani weny, żeby coś napisać ;) Ale notkę trzeba wstawić, żeby bloga nie zabrali ;) Po prostu studia zabierają mi mnóśtwo czasu, ale mam nadzieję, że już niedługo zjawi się tu kolejna notka ;) Oby tak było :) Idę uczyć się łaciny - liczebniki do stu ;) Unus, duo, tres, quattuor... ;)
ma-gda15lo 2008-03-10 20:34:22
skomentuj (0)
Przerwa techniczna ;)
Chciałabym dokończyć notki o Taize, ale z tego względu, że akurat trwa sesja, jest to raczej nierealne... A więc ogłaszam przerwę techniczną ;) Proszę nie regulować odbiorników :D
ma-gda15lo 2008-02-01 20:06:36
skomentuj (0)
"Wysławiajcie Pana! Śpiewaj Panu cała Ziemio! Alleluja! Alleluja!" Genewa Taizé, cz. IV
Dziś nieco krócej, ale zawsze to coś ;D
Do zobaczenia :*
ma-gda15lo 2008-01-10 11:58:24
skomentuj (0)